Gdy historia zamienia się w histerię. FELIETON

17 Marsz Upamiętniający Haniebną Likwidację Getta Żydowskiego w Rzeszowie
Obrazek wyróżniający
- REKLAMA -

Wygląda na to, iż organizowany od wielu lat rzeszowski Marsz Żywych może nie doczekać się kolejnej edycji. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Wydarzenie, które miało na celu coroczne upamiętnianie likwidacji żydowskiego getta w Rzeszowie stało się w ostatnich tygodniach przedmiotem kłótni oraz przepychanek. Niestety w tym przypadku wydaje się, iż winą za nie należy obarczyć, jak to zwykle bywa, obydwie strony konfliktu.

W ciągu pięciu lat studiów historycznych młodym adeptom nieustannie wpaja się do głowy rolę oraz wartość publicznej polemiki, a także istotę tzw. pamięci historycznej. Celem tego jest wytworzenie w przyszłych historykach swoistego poczucia społecznej misji. Od jakiegoś czasu jednak rzeszowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej zdaje się interpretować to odrobinę inaczej. Przypomina bowiem o czarnych kartach naszej historii (vide niedawna batalia o Pomnik Czynu Rewolucyjnego), jednak czyni to w sposób skrajnie arbitralny, nie pozostawiając miejsca na jakąkolwiek refleksję czy wymianę zdań. A przecież jest to fundament, na którym zbudowana jest współczesna historia jako nauka. Zapewne nie można tutaj posądzać IPN-u o złą wolę. Przypominanie o tym, iż za zagładę Żydów odpowiadają „nazistowskie Niemcy” jest z pewnością konieczne, można jednak powątpiewać w sens obowiązku umieszczania takich informacjach na plakatach reklamujących to wydarzenie. Te bowiem służą, jak ich nazwa sama wskazuje, wyłącznie przekazaniu informacji o nim. Kwestię odpowiedzialności za zbrodnie wojenne na Żydach przeciętny Polak wynosi bowiem z lekcji historii bądź nawet mediów głównego nurtu. Co więcej, w takich sytuacjach kij ma dwa końce. Podkreślając więc na afiszach rolę Niemców m.in. w likwidacji rzeszowskiego getta, musimy być gotowi na otwarte mówienie o tym, że uczestnicy pogromu kieleckiego w 1946 r. byli Polakami. To może być z kolei o wiele trudniejsze w praktyce.

Krytykując działania badaczy z rzeszowskiego IPN-u, nie można przejść także obojętnie wobec postępowania organizatorów przedsięwzięcia. Podobnie bowiem jak w przypadku ich oponentów dostrzec można w ich działaniach zarówno dobre chęci, jak i kardynalne błędy. Postawiony w oświadczeniu z 4 lipca zarzut o braku jawności nazwisk organizatorów jest całkowicie słuszny, szczególnie w dobie wszechobecnej dezinformacji. Dlatego też przyjmowanie tej uwagi z, jak to określono w oficjalnym liście organizatorów, „z niesmakiem” świadczy niejako o braku pokory z ich strony. Ponadto niezrozumiałe wydaje się być także brak ich współpracy z jakimikolwiek środowiskami naukowymi. I nie chodzi tu o sformułowanie opinii, wedle której jedynie osoby z tytułem mają prawo organizacji wydarzeń upamiętniających ważne bądź tragiczne momenty naszej historii. W żadnym wypadku! Warto jednak czasami zasięgnąć opinii badaczy lub też wręcz podjąć z nimi współpracę, aby uniknąć właśnie takich kwestii spornych. W ten sposób przedsięwzięcie i jego organizatorzy zyskaliby na wiarygodności. Wbrew pozorom taka kooperacja przynieść może wiele korzyści, co pokazują m.in. organizowane również od wielu lat Obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu na Podkarpaciu.

Zadziwiające jest to, w jaki sposób dobre intencje są w stanie zniekształcić przekaz pewnych projektów i rocznic. W tym wszystkim szkoda jedynie komunikatu, jaki został wysłany w stronę uczestników, zwłaszcza tych zagranicznych. Jeśli tegoroczny rzeszowski Marsz Żywych był rzeczywiście ostatnim, wówczas dotrze do nich nie przekaz dotyczący udziału hitlerowskich Niemiec w zagładzie czy też zaistnienia konfliktu organizatorów z władzami. Dowiedzą się oni jedynie, iż z jakiegoś powodu kolejny Marsz nie dojdzie do skutku. Dlaczego? Widocznie mógł on być w jakiś sposób problematyczny. Każdy z nich dopowie sobie własną wersję, aczkolwiek można być pewnym, iż wszystkie one nie będą dla nas korzystne…

- REKLAMA -